07.04.2014

Tuli-pany

Tak, ja też się kiedyś bardzo wstydziłem. Ale później mi przeszło...- przemawiał spokojnym głosem Tuli-Pyszczek uklepując rączką ziemię w przydomowej rabatce.


Tuli-Pyszczek długo czekał aż nadejdzie Ten Dzień. Zaznaczył go sobie nawet na ściennym kalendarzu w kuchni, wykonując pewnego dnia skok z kredką. Trafił idealnie. W sam środek dwudziestki. I kawałek dwudziestki siódemki, ale to już nie było planowane. Po prostu była pod spodem. Potem długo obserwował aż czerwony kwadracik oznaczający aktualną datę przesunie się na ową magiczną cyfrę. Aż wreszcie... Oficjalnie i niezaprzeczalnie... Jest! Wiosna!

Tego dnia wstał jeszcze weselszy niż zwykle. Przeciągnął całe ciałko w górę oraz na boki i ochoczo wyjrzał za okno. Tak, zdecydowanie widać zmianę. Czas powęszyć na dworze. Wykorzystał okazję do wyjścia, gdy Tata Chłopca postanowił wyrzucić śmieci. Przycupnął przy drzwiach i podążając krok w krok za Tatą udał się na mały rekonesans.

Czasu nie miał dużo, śmietnik był tuż za rogiem. Tuli-Pyszczek liczył jednak na jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności pozwalający powęszyć dłużej. Dziarsko wybiegł z budynku i skierował się we wcześniej zaplanowanym kierunku. Cel: przydomowa rabatka.

Rosły tam przeróżne kwiaty, które zawsze co roku pomagały Tuli-Pyszczkowi określić, kiedy przyjdzie Wiosna. Najpierw nieśmiało przez białą puchatą warstwę zaglądały przebiśniegi. To jeszcze nie to, ale daje nadzieję na lepsze. Później były krokusy. Przedwiośnie, chociaż Tuli-Pyszczek wolał mówić "Prawiewiośnie", jakoś sprawiało wrażenie, że nadejdzie ona szybciej. Następnie przychodziła kolej na ulubione kwiatki Tuli-Pyszczka. Takie, do których miał największy sentyment. I to nie tylko ze względu na to, iż były Prawdziwie Wiosenne.

Otóż z kwiatami tymi łączyły Tuli-Pyszczka specjalna więź. Kupione zostały rok temu, w prawdziwym sklepie ogrodniczym. Cebulki wybrał Chłopiec, który nie mógł się zdecydować na konkretny kolor. Problem rozwiązano więc kupując z każdego koloru po jednej sztuce. Był więc czerwony, pomarańczowy, żółty, różowy i biały. W dokładnie takiej kolejności zostały wsadzone do ziemi, starannie przysypane i uklepane małą chłopięcą rączką.

Tuli-Pyszczek biegnąc zziajany przypomniał sobie dokładną lokalizację sadzonek. Podbiegł do właściwej grządki i... Sąąąą! Roooosną! - wypiszczał z całej siły i wykonał parę spontanicznych i nieskoordynowanych podskoków. Moje ulubione! Tuuuuli-paaaany!

Spojrzał jeszcze dla pewności na Tatę, by określić ile czasu ma celebrowanie chwili. Ten wykonywał akurat nawrót w kierunku domu. Los sprzyjał Tuli-Pyszczkowi, który zyskał parę cennych minut. Tata zapomniał kluczyka do śmietnika.

Tuli-Pyszczek zmarnował niechcący krótką cenną chwilkę zamyślając się nad sensem zamykania śmieci na klucz. Następnie opamiętał się i każdemu z pięciu ledwo wystających nad ziemię listków sprezentował delikatnego buziaka. Dzień dobry- powiedział wesoło. Ładny dziś dzień. Trochę posprzątał wokół roślinek, zgarnął na zgrabny stosik leżące gdzieniegdzie paproszki i kamyczki.

Teraz postanowił poczekać, aż tulipany go utulą na powitanie. Stanął w pobliżu pierwszego w rządku i czekał. Aby wyglądać bardziej przyjacielsko postanowił spleść rączki z tyłu, jednak te nadal były na to za krótkie (Tuli-Pyszczek zawsze skrycie liczył, że się magicznie wydłużą, na przykład podczas snu). Uśmiechnął się szeroko. Przysunął się ciut bliżej. Nadal nic. Podszedł do drugiego w kolejce. Przy okazji mocno tupiąc wyrównał nóżką fragment ziemi. Nic. Trzeci. Czule pogłaskał roślinkę po lisku na zachętę. Halo?- zagadnął do czwartego. Hop hop!- ostrożnie popukał palcem piątego w łodyżkę. Zawiedziony brakiem reakcji westchnął głośno. Pewnie jesteście nieśmiałe. To dlatego, że jesteście takie malutkie. Malutkie stworzonka często są nieśmiałe. 

W tym momencie zaabsorbowanego Tuli-Pyszczka minął Tata. To ja muszę już iść. Ale nie martwcie się, przyjdę niedługo i nauczę was, jak się tuli - powiedział i pomachał łapką w stronę grządki na pożegnanie.

Wtedy, gdy Tuli-Pyszczek odwrócił się i udał się w stronę drzwi, zawiał wiatr. Delikatnie ugiął listek jednego z tulipanów, który musnął plecki odchodzącego Tuli-Pyszczka. Och...- pomyślał uradowany- Jednak tulenie to nie jest coś, co da się nauczyć. To ma się we krwi. Tylko czasem jest się bardziej nieśmiałym, niż powinno!















Brak komentarzy: